Sztuka jako nośnik społecznych ambicji

 

            Dla wszystkich kolekcjonerów od zawsze zbierane przedmioty, niezależnie od ich rodzaju, posiadały jedną wspólną cechę, która sprawiała ze stanowiły one obiekt pożądania. Cechą tą była unikatowość. Z czasem okazało się, że obszarem rywalizacji, umożliwiającym posiadaczowi postawienie się ponad innych ludzi (bo odróżniającym ich od nich), jest kolekcjonowanie dzieł sztuki. Świadomość, że jest się jedynym na świecie właścicielem oryginalnego dzieła uznanego twórcy, niezależnie od tego czy będzie to wielkie płótno malarskie czy rysunek na skrawku papieru, jest wspaniałym uczuciem determinującym poczucie naszej wartości. W ten sposób sztuka, której pragmatycy wpisali „właściwą jej bezużyteczność” stała się nośnikiem społecznych ambicji.

Za co płacimy kupując obraz?

            Najprościej można odpowiedzieć na to pytanie, po pierwsze – że płacimy za to co widzimy lub chcemy zobaczyć, po drugie – za to co wiemy o obiekcie naszego zainteresowania. O ile funkcje widzenia, odczuwania i pragnienia są z sobą organicznie związane poprzez system zmysłowo – psychologicznych relacji wzajemnie na siebie oddziałujących o tyle rozumienie i wiedza stanowią odrębną cechę mającą wpływ na ocenę wartości obrazu – cechę charakterystyczną dla poznawczych czynności umysłu. Będziemy zatem musieli wziąć pod uwagę dwa niezależne czynniki determinujące zakup.

Co widzimy?

            Zacznijmy od percepcji w której będzie nas bardziej interesować odczuwanie stanowiące wynik zmysłowego i wzrokowego odbioru zjawiska, niż sama możliwość jego widzenia (w odróżnieniu od osoby niewidzącej, która jest tego zmysłu pozbawiona).
Chcemy płacić za to co nazywamy pięknem. Ponieważ jednak dla każdego z nas oznacza ono coś innego, nazywamy pięknem to co nam się podoba. Jak pisał w jednym ze swoich dzieł Simon Houpt „Prawda, podobnie jak piękno, jest w oku patrzącego – ludzie widzą w sztuce to, co chcą”. Relatywny, czy używając innych słów, nieobiektywny charakter tego sposobu oceny wartości to rodzaj idealizmu. Przedmiot poznania, w tym wypadku obiekt malarski, istnieje jedynie subiektywnie w wyobraźni odbiorcy bo jest zależny od umysłu poznającego – od właściwych tylko jemu sposobów i warunków postrzegania.
W lipcowym Focusie z 2011r. w artykule Moniki Maciejewskiej czytamy „ Iluzjom optycznym ulegamy na co dzień, choć rzadko zdajemy sobie z tego sprawę. To co wydaje nam się, że widzimy, to jedynie wybrana przez mózg, niekoniecznie prawdziwa hipoteza stworzona na podstawie niejednoznacznych bodźców podsuniętych przez oczy”. „To cena jaką płacimy za uspołecznienie i zdolność odczytywania emocji innych ludzi”
Ten złudny mechanizm odbioru nie przyda nam się, nawet przy próbie określenia przybliżonej oceny wartości płótna – nie posiada bowiem żadnych wyróżnionych (stałych) układów odniesienia. Obcując ze sztuką uświadamiamy sobie, że nasze myślenie jest pozbawione możliwości bezpośredniego poznania rzeczywistości.
Wprawdzie wiemy, że piękno należy do podstawowych kategorii estetycznych ale jedynym, bardzo zresztą względnym sposobem pojmowania jest jego rozumienie jako ogół pozytywnych wartości z nim związanych. Czasem piękno traktowane jest jako pewien historycznie ukształtowany ideał, społecznie utrwalony i przyjęty w danej epoce jako kanon (innej już nie musi) obowiązujący np. w twórczości artystycznej.
„Zmysł estetyczny ma charakter irracjonalny, ponieważ nie posiada żadnej funkcji, a jedynie rodzi pragnienie by go zaspokoić. Idealne np.. piersi kobiety to piersi wystylizowane, takie które poddają się iluzjom jakich dostarcza nam wyobraźnia lub kostium kobiety.” Nancy Burley, profesor ewolucjonizmu i ekologii Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvin, zauważyła również to, że „istoty ludzkie mają zmysł estetyczny będący sam dla siebie uzasadnieniem”. „Wszystkie religie są równie prawdziwe”, mówi aktorka Helen Mirren w filmie „Szczęśliwy człowiek”.
Trudno doszukać się w tych stwierdzeniach czegoś dziwnego bowiem jesteśmy zawsze bardziej skłonni widzieć sens tam gdzie nam się podoba, niż tam gdzie on rzeczywiście istnieje. Nic na to nie poradzimy, że taki wygodny sposób myślenia determinujący nasze wybory (nie zawsze zresztą słuszne), ale jest on warunkiem człowieczeństwa.
Musimy zatem przyjąć, że estetyczny zmysł człowieka ma charakter irracjonalny, a więc jest narzędziem percepcji, które dopuszcza przyjmowanie przekonań powstających na mocy racji niezależnych od obiektywnych rzeczowych argumentów takich jak np.. siła tradycji czy autorytetów. Dlatego też nie trudno zrozumieć dlaczego ocena naszego postrzegania bywa tak mylna i różna od opinii ekspertów posługujących się wiedzą i doświadczeniem. Kupując obraz bez ich porady, płacimy za nasze o nim wyobrażenie, które nie tylko nie musi być, a najczęściej nie jest zgodne z artystyczną i rynkową jego wartością. Ktoś kiedyś powiedział, że „nie ma miłości są tylko dowody”. Jakże aktualnie brzmi owo stwierdzenie w odniesieniu do relacji zachodzących między rynkiem sztuki a naszymi oczekiwaniami estetycznymi.

Co chcemy zobaczyć?

            To co chcemy zobaczyć zależy od naszego psychicznego nastawienia uwarunkowanego celem zakupu. Z większości prowadzonych w galeriach rozmów ludzi mających zamiar dokonać kupna obrazu wynika, że traktują go jak element wyposażenia wnętrza np. taki który będzie pasował do koloru ścian, pokoju dziecięcego, hallu lub gabinetu.
Lekarze zwracają uwagę na tematykę medyczną, muzycy czy prawnicy poszukują symboli charakteryzujących ich obszar zainteresowania zawodowego. Przesądni, nastawieni są na zakup obrazów mających przynieść hossę finansową, szukają tych z wizerunkiem starozakonnego starca z długą siwą brodą i monetą w dłoni.
Ci którzy uważają się za dobrze poinformowanych znawców rynku sztuki ukierunkowani są na Kossaków bo „Polska Kossakiem stoi’ jak napisał przekornie Szymon Krawiec w artykule „Wprost” z dnia 23 czerwca 2013r. „Dobrze się też sprzedają martwe natury, dzieci, lekko roznegliżowane panie”. Wyraża się dość złośliwie o gustach Polaków jeden ze znawców tego rynku (Szukalski).
Często bywa jednak tak, że to co chcieliśmy zobaczyć bo uważaliśmy za godne posiadania przestaje nas zajmować. Obraz nie wytrzymuje próby czasu. Nie pobudza naszej ciekawości i zmysłów, podobnie jak piękna kobieta o urodzie lalki w której z czasem nie jesteśmy w stanie doszukać się na nowo postrzeganych atrybutów pożądania. Zainteresowanie znika ulatując wraz z przekonaniem, że właściwie zainwestowaliśmy nasze pieniądze.

Co wiemy o obrazach?

            Z reguły wiemy niewiele o pracach i ich twórcach. W głównej mierze wynika to z lenistwa i pośpiechu w dokonywanych przez nas wyborach. Wiemy tyle co nam powiedzieli inni lub co wyczytaliśmy z nagłówków gazet lub usłyszeliśmy jako sensację z komunikatów informacyjnych. Z reguły nie zajmujemy się tym, czego nie jesteśmy w stanie w obrazie rozpoznać. Chociaż niektórych absorbuje to co dolegało bohaterom najsłynniejszych dzieł sztuki np. na co chorowała Mona Lisa. najbardziej jednak ekscytują nas ceny dzieł. Wiadomość, że np. obraz jakiegoś artysty został sprzedany za miliony dolarów na tyle nas ekscytuje co zniechęca, z uwagi na wysokość jego ceny. Jesteśmy przekonani, że kolekcjonerstwo to zabawa dla krezusów, nie dla nas.
I tak w istocie jest, jeśli zakupy odnoszą się do dzieł od lat uznanych na świecie, nieżyjących już twórców, których dorobek artystyczny i jakość nie budzi najmniejszej wątpliwości i nie powiększa swojej objętości. Dotyczą więc jakości zbiorów zamkniętych, dlatego też bardzo kosztownych. Z dnia na dzień zaskakiwani jesteśmy nowymi rekordami sprzedaży dzieł współczesnych mistrzów. Raport Rand Corporation opublikował latem 2005 roku sugestie, że kolekcjonerzy kierujący się potencjałem inwestycyjnym dzieła sztuki (a nie właściwymi mu istotnymi cechami, takimi jak piękno, warsztat i wgląd w ludzką kondycję) przelicytowali i wyparli z rynku innych miłośników sztuki oraz najbardziej liczące się muzea świata. „Wielu zaczęło sprzedawać obrazy jako banknoty o nominale milionów dolarów…” a „banki przyjmować dzieła sztuki jako zabezpieczenie pożyczek”.
Powołując się na artykuł Szymona Krawca z „Wprost” z dnia 23 czerwca 2013r. pt. „Najdroższe plamy świata”: „Martwa natura z tulipanem” Pablo Picassa została sprzedana za 37 mln dolarów, „Statua Wolności” Andy Warhola za 39 mln dolarów, „Figura rysowana odbiciem w lustrze” Francisa Bacona za 40 mln dolarów, „Pomarańcz, czerwień, żółć” urodzonego na Łotwie (dawne Inflanty) Marka Rothko za 77,5 mln dolarów.
Wydawać by się mogło, że wartość dzieł wymienionych powyżej malarzy nie może już wzrosnąć ponad gigantyczne ceny obecnych transakcji. Nic podobnego, nie pozwolą na to tacy gracze obecni na amerykańskim rynku giełdowym jak np. Steven A. Cohen (który kupił „Sen” Picassa za 155 mln dolarów), Roman Abramowicz czy inni.
Nie zapominajmy jednak, że ogromna większość twórców, o których dziś mówi cały świat, zaczynała w mniej niż skromnych warunkach. Ich obrazy można było kupować za stosunkowo niewielkie sumy. Na początku drogi twórczej nieraz za symboliczne. Przebijanie się do świadomości handlarzy, kolekcjonerów i koneserów sztuki, a w końcu głównych graczy na tym rynku, naznaczone było długotrwałym procesem.
Podstawą dynamicznego rozwoju rynku sztuki w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych jest zaufanie jakim klienci londyńskiego Sotheby’s i nowojorskiego Christie’s obdarzyli te domy aukcyjne. Wiarygodność tych instytucji, kształtowała się za sprawą krytyków, marszandów, a w głównej mierze środków masowego przekazu. Te marketingowe niejednokrotne zabiegi doprowadziły do powstania gigantów stanowiących niedościgniony wskaźnik sukcesu w obrocie dziełami sztuki (liczonego w mld dolarów). Uczestnictwo w procesie stopniowego wzrostu wartości obrazów, osiąganego przez ich promocję w coraz lepszych galeriach sztuki oraz kolejne zmiany właścicieli inwestujących w nie stopniowo coraz większe sumy, to podstawowy warunek sukcesu będącego nagrodą za cierpliwość.

Co wiemy o artystycznej wartości obrazu?

            Nic w tym dziwnego, że zdecydowana większość z nas nie ma zielonego pojęcia o analizie formy dzieła sztuki i takich jego elementów jak np.: kompozycja, kolor, środki budowania napięć i iluzji przestrzeni, faktura, perspektywa, światłocień itp. W celu pozyskania tej wiedzy dotyczącej artystycznej wartości obiektu mamy do dyspozycji dwie drogi: uczyć się (co może zająć trochę czasu) lub korzystać z wiedzy innych.
Należy pamiętać jednak o tym, że wartość obrazu można szacować dowolnie na taką lub inną sumę ale też może być ona zupełnie inna niż prognozowana, ponieważ nie istnieją żadne wiarygodne sposoby wyceny dzieła poza jednym wystawieniem go na sprzedaż.

Co wiemy o twórcach?

            Czy ich życie, jego styl, zagadki z nim związane, sensacyjne informacje i tajemnice, skłaniają nas do pobudzenia zainteresowania się dziełami artystów?
Nie ma wątpliwości, ze ekscytują nas niezwykłe wydarzenia, niezrozumiałe zjawiska, ich nieujawnione źródła, czy przyczyny powstania. Pytamy jak się to stało i dlaczego? Według Alberta Einsteina „Najpiękniejsza rzecz jakiej możemy doświadczyć to oczekiwanie tajemnicy”. Z tego też powodu zwracają na siebie uwagę dzieła tych twórców, których życie lub śmierć były nią okryte. Szukamy w obrazach odpowiedzi na nurtujące nas zapytania dotyczące życia artysty. Bywa też tak, że wraz z końcem życia twórcy zaczyna się życie jego dzieł. Buddyści mawiają „ Jeśli zdmuchnie się płomień to istota tego płomienia nadal istnieje”. Czy można mieć jednak pewność, że proces ten dotyczyć będzie naszego obrazu? Nie wiemy, w których dziełach tkwi poszukiwana tajemnica dająca nieśmiertelność dziełu. Kto nam ją odkryje?
Kończąc swoje wywody odwołam się jeszcze raz do słów Simona Houpta (autora „Muzeum Zaginionych Dzieł” opisującego historię kradzieży dzieł sztuki), „Sztuka określa naszą świadomość, wyznacza nasze dążenia, pokazuje nam sposób widzenia świata, jakiego nie jest w stanie dać nauka”.
Zatem chcąc oszacować wartość dzieła na podstawie oceny jego artystycznych walorów, połączonych z oceną potencjału a wzrostu jego ceny jesteśmy zmuszeni odwołać się do specjalisty, czyli kogoś takiego kto w wybranej dziedzinie sztuki posiada: doświadczenie, wiedzę i umiejętności, jakich nie można zapisać w postaci algorytmu – (takiego ściśle określonego ciągu czynności, którego realizacja prowadzi do rozwiązania jakiegoś zadania -przykładem algorytmu jest program komputerowy).